Ten wyjazd od samego początku był dla mnie wielką niewiadomą. Bardzo chciałem się spotkać z chłopakami nad Wieprzą i Słupią ale wszystko wskazywało na to, że sztuka ta mi się nie uda. Kiedy już praktycznie położyłem krzyżyk na wyprawie, jak grom z jasnego nieba spadła na mnie wieść, że spotkanie na Roztoczu jest przełożone. To Roztocze. To, na które od chyba dwóch lat się wybieram i ciągle mi gdzieś umyka, po raz kolejny przeleciało mi między palcami. Telefon do Julka czy maja jeszcze miejsca i na złość przeznaczeniu podejmuję decyzję o wyjeździe na trocie.
Właściwie nawet się nie pakowałem. Zabrałem to co było pod ręką do plecaka i w piątek wsiadam do pociągu. Podróż mija spokojnie. Prawie udało mi się dojechać punktualnie ale na 20 minut przed stacją docelową mamy prawie godzinny postój w Koszalinie. Kiedy wysiadam w Sławnie Paweł Kobyłecki i Paweł Deska już na mnie czekają. Chwilę później dołączają do nas prosto z trasy Andrzej Grzaczykowski i Jarek Kisielewski. Pełną brygadą wyruszamy w ostatnie 20 km naszej trasy. Jednak zanim dotarliśmy na miejsce spotyka nas pierwsza przygoda. Na ciemnej wiejskiej drodze, dwadzieścia minut po północy, zatrzymał nas policyjny patrol. Panowie mundurowi zabrali dokumenty i zaszyli się w swym służbowym wozie. My spokojnie paliliśmy papieroski i w czekaliśmy na ciąg dalszy wydarzeń. Pierwsze wróciły dokumenty Jarka - były w porządku, w chwilę po nich wrócił drugi policjant i grobowym głosem przemówił do Pawła
- A pan dalej idzie piechotą
śmiechy momentalnie umilkły i nastała niezręczna cisza. Okazało się, że Pawłowi skończyła się ważność przeglądu rejstracyjego. Nie było by w tym może nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że ważność ta skończyła się dokładnie dwadzieścia minut wcześniej. Panowie policjanci mieli niesamowity ubaw, że udało im się uchwycić takiego gagatka. Skończyło się na wskazaniu najbliższego punktu, gdzie robią przeglądy i słownym pouczeniu. Do mety dojeżdżamy już bez przeszkód. Tego dniaj to już każdy wie co było dalej. Browary i pierwszoklasowy smalczyk Andrzeja, który zresztą towarzyszy nam dzielnie do końca wyjazdu.
Pierwszy dzień zaczynamy więc od wizyty w warsztacie. Poszło szybko, zdążyliśmy ledwie zrobić kilka fotek na czołgu, który lufą wskazywał warsztat samochodowy i jedziemy nad wodę. Na miejscu jesteśmy o uczciwej 9.30. Wcześniej i tak nic nie brało jak stwierdził napotkany miejscowy. Rozchodzimy się po rzece i już po kilku godzinach spotykamy się na ognisku. Ku ogólnemu zaskoczeniu Julek zalicza dwie niewielkie trotki a Jarek również ma brania ale to tylko małe smolty. Ryby jednak szybko zeszły na dalszy plan w aspekcie nadchodzącej perspektywy spożycia pieczonych kiełbasek. Rozpoczyna się rozpalenia ogniska. Staram się przejąć inicjatywę, choć nie jest to proste. Gałązki niby suche ale palić się nie chcą. Na pierwsza propozycje rzucona przez Jarka aby użyć "sianka", szybko odpowiadam struganiem kolejnych cieniutkich drzazg. Ogniska nadal jednak jak nie było tak nie ma. W końcu zgadzam się na użycie rzeczonego sianka. Płomień, słomiany zresztą, bucha do nieba raz, drugi, trzeci i ognisko płonie. Wszyscy się śmiejemy z moich harcerskich podchodów i prostej acz skutecznej metody Jarka.
Po ognisku lądujemy na nowym miejscu. Wędkujemy sobie spokojnie schodząc w dół. Staram się trzymać Pawła, ma dziś farta, może się coś przytrafi. Nie myliłem się. Krzyk przez krzaki i razem z Pawłem Kobyłeckim lecimy na złamanie karku zobaczyć co się dzieje. A działo się trzeba przyznać. Najlepiej sami zobaczcie na zdjęciach. Gdyby nie przytomność umysłu Pawła K. Julek zapewne by wyjął tą troć pogrążając nas w rozpaczy. "Na szczęście" ryba dziwnym trafem wypina się już z podbieraka i wszyscy są zadowoleni no może prawie wszyscy :) Po powrocie do samochodu mamy kolejna wieczorną przygodę. Dwieście metrów od mostu zauważamy płomienie palonych traw. Telefon po straż pożarną, to pierwsza reakcja Szczególnie, że tuż po drugiej stronie drogi zaczyna się las. Podchodzimy do pożaru i okazuje się, że sprawcy wcale nie są skorzy do ucieczki. Małżeństwo w średnim wieku spokojnie sobie roznosi ogień z miejsca na miejsce. Protesty i dyskusje skutkują tym, ze powoli wygaszają swoje dzieło zniszczenia i odchodzą do domu. W tym czasie na horyzoncie pojawiają się mrugające na niebiesko światła ochotniczej straży pożarnej. Podjeżdża do nas wóz strażacki, chyba z ośmioma strażakami w kabinie. Tłumaczymy im jaka jest sytuacja, kiwają głowami ze zrozumieniem. W tym czasie za wozem ustawia się z pięć samochodów osobowych. Strażacy odjeżdżają a typy z samochodów idą w naszą stronę. Nie czekaliśmy aż nam wyjawią swe zamiary. Szybkim krokiem ruszamy do samochodów i odjeżdżamy w przeciwnym kierunku. Do tej pory nie mamy pewności jakie były ich zamiary. Prawdopodobnie jednak widząc wóz strażacki, jechali za nim aby pomóc przy gaszeniu pożaru. Jako że wóz odjechał dość szybko nie wiedzieli co dalej robić. Pewnie się chcieli dowiedzieć o co chodzi ale nie daliśmy im takiej okazji. Po powrocie na kwaterę do późnych godzin nocnych robimy jedzenie.
Kucharzy wśród nas było wielu,
Lecz wszyscy miękli przy Jarku Kisielu,
Gotował on przednie, różne zup rodzaje,
A wszystkie przyprawiał na azjatyckie kraje,
Pomidorowa z Pekinu, rosół zza wielkiego muru
Jarek -Mistrz został naszym kuchennym guru
Efekt jest taki, że kiedy Andrzej skończył gotować żur i karkówka była już gotowa na grilla nikt nie był głodny. Dopiliśmy piwka i z zamiarem wstania o świcie ruszyliśmy na nocne boje z wielkimi łososiami.
Rano, jak zwykle na wyjazdach, wstaliśmy o normalnej godzinie. Świtem i tak by nie brały. Pawły jadą na pstrągi a ja z Andrzejem i Jarkiem lecimy na Słupię. Najpierw Wodnica ale okazuje się, że w tym roku zamknęli ją wcześniej. O tym fakcie informują nas ze chyba ze trzy osoby nad wodą. Szybko się więc zbieramy i jedziemy w górę. Trafiamy na piękne miejsce ale stoją tam już dwa samochody a kilku gości właśnie robi ognisko i piecze kiełbaski. Przez chwilę rozmawiamy z nimi i patrzymy z zazdrością na ognisko. Ale tylko przez chwilę. W pewnym momencie jeden z uczestników zaczyna ładować do ogniska różnego rodzaju folie, kiedy drugi gość jeszcze piekł kiełbasę życząc smacznego idziemy nad wodę. Ja osobiście się nie przykładam. Jakoś czuję, że nic już nie złowię. Robię kilka zdjęć, strugam rybkę dla mojej Ani i śpię na liściach. Potem wracamy do samochodu trochę przed czasem lądujemy na kwatrze i robimy zaległego grilla. Pawły na pstrągach też niewiele powalczyli i szybko przyłączają się do nas. Czas przy pieczeniu karkówki uprzyjemniają nam mieszkańcy gospodarstwa, pies i kot, które pałaszują ze smakiem pasztet podawany im przez Jarka na ostatnich kromkach chleba. Jego kunszt kulinarny oczarował nie tylko nas.
Powrót odbywa się bez przeszkód. Z Andrzejem i Jarkiem dojeżdżam do Bydgoszczy a stamtąd bezpośrednio do Wrocka. Szkoda ze wyjazd na Roztocze został przełożony ale z drugiej strony to może i dobrze. Pojechałem na wspaniały wyjazd trociowy a może się uda i na to nieszczęśliwe Roztocze też jednak pojadę w późniejszym terminie.
Tutaj możecie obejżeć kilka zdjęć z tej wyprawy.
Kiedy Pan mechanik sprawdzał Pawła auto, my podziwialiśmy z bliska miejscowy czołg.
Zarówno Wieprza, jak i ..
..Słupia były urocze
Tego nie może zabraknąć na żadnym wyjeździe
Były smaczne.
Nie tak dobre jak Jarka ale ..
A podobno z mostu nie wolno.. spokojnie tylko pozowali :)
Pieprzu nie brakowało ani w przyprawach, ani nad wodą.
I najważniejszy moment..już ją widać.
Pierwsze podejście.
Niech ją... uciekła.
A tak nie należy podbierać troci. Następnych zdjęć nie ma bo odpłynęła.