
Szwecja.... ta wyprawa tak naprawdę zaczęła się dla mnie wiele miesięcy
wcześniej. W zeszłym roku, trochę już znudzony wielkością ryb, które łowiłem w
naszych rzekach postanowiłem udać się na jakąś dalszą eskapadę. Padło na słowacki
Vah.... niestety jak to w życiu bywa nie trafiliśmy z wodą i jedynymi trofeami tamtej
wyprawy były pstrągi, których długość nie przekraczała 28 cm. Wtedy właśnie
zapadła decyzja. Nie ma się co czaić trzeba jechać do
Szwecji. Kiedy po raz pierwszy
przeczytałem na forum, że będzie organizowany wyjazd nie zastanawiałem się nawet 5
min. Długo opowiadać o spotkaniach telefonach, mailach itp. poprzedzających wyjazd.
Trochę emocji było aż nadszedł ten dzień. Dzień naszego wyjazdu do Szwecji.
10.06.2001
Wszystko spakowane zawozimy rzeczy do Jurka. Plan jest taki, ze dziś jedziemy z Jurkiem i Bartkiem do Waldka nad Drawę, skąd zabieramy go i rano do Świnoujścia na prom. Już przy wyjeździe z Wrocławia okazuje się, że Bartek zapomniał okularów i musimy się wrócić. Wszyscy byliśmy tak podekscytowani wyjazdem, że nikt z nas nawet nie pomyślał, że wracanie może przynieść pecha... Podróż przebiegła dość spokojnie... w strugach deszczu. Jurek popisał się kunsztem kierowcy szybko pokonując trasę i wyprzedzają wszystko co poruszało się po drodze. Szczególnie podczas wyprzedzania jednego autobusu, kiedy to strumień wody z pod kół tego kolosa spowodował, że przez chwilę czuliśmy się nie jak w samochodzie, ale jak w łodzi podwodnej sunące ruchliwym traktem nad dnem morza bałtyckiego. Gdy dojechaliśmy do celu pozostało nam tylko skorzystać z gościnności Waldka i pana Henia, którzy to uraczyli nas wspaniałymi szaszłykami. Oczywiście nikt nikomu nie liczył kto ile szaszłyków zjadł...a szczególnie Bartkowi.
11.06.2001
Wstajemy rano pakujemy Waldka rzeczy do auta i z pełnym podziwem oglądamy nasze dzieło. Bez wątpienia, gdyby ktoś chciał wcisną cokolwiek jeszcze do niego miałby z tym duże problemy. Wsiadamy do auta i jazda na prom. Niestety już na wstępie tracimy jedną oponę, więc plan podróży musimy poszerzyć o wizytę w zakładzie wulkanizotorskim. Po drodze spotykamy Sobiego i Michała i w dalszą podróż wyruszamy już na dwa auta. Niestety okazało się, ze do Świnoujścia nie udało nam się zakupić nowej opony, więc chcąc nie chcąc wjeżdżamy na prom bez zapasu. Oczywiści nie wjechaliśmy na prom ot tak sobie. Wszystko działo się jak w najlepszej i najbardziej dopracowanej akcji amerykańskiego wywiadu. Kupowanie ubezpieczeń, walut, ostatnie zakupy spożywcze i w sumie na prom wjeżdżamy bodaj jako przedostatnie auto. Na promie już na spokojnie idziemy coś przekąsić. Restauracja promowa serwowała wiele ciekawych dań, ale niestety ich wielkość pozostawiała wiele do życzenia, więc prawie wszyscy zaliczyli co najmniej po dwa dania, w tym schabowy z kapustą. Potem odpoczynek i o 20.00 meldujemy się w Ystad, gdzie po krótkiej dwugodzinnej odprawie przez piękną niczym imadło Szwedkę ruszamy w podróż
12.06.2001
Podróż właściwie mija bez większych przygód. Po drodze kupujemy oponę w
Sundsvall. I odwiedzamy dwa sklepy wędkarskie. Obydwa nie źle wyposażone. W drugim
sklepie, muszę się przyznać, wykazałem się spostrzegawczością. Otóż na ścianie ,
przy której dość intensywnie oglądałem sznury muchowe wisiał pięknie spreparowany
łosoś, a tuż pod nim klejonka, na którą był złowiony. Niestety udało mi się
zauważyć sznury i klejonkę, łososia nie widziałem. To dość specyficzne gdyż
łosoś miał podobno około 20 kg. No cóż może następnym razem się przyjrzę. Na
miejsce do Valsjobyn dojeżdżamy około godziny 14.00.
Kwaterujemy się w pięknie położonym domku i
podziwiamy widok z tarasu na dość potężny wodospad. Już wiemy, że woda jest sporo
podniesiona i zimna, więc o ryby będzie trudno. Wiatr nam urywa głowy, ale podbudowani
informacjami od Leszka, który łowił już dzień wcześniej i miał kontakt z rybą,
szykujemy sprzęt. Pierwsza wyprawa nad jeziorko Tupptjarnen, na którym Leszek dzień
wcześniej zaliczył kontakt. Droga nie jest łatwa. Prowadziła szlakiem dla skuterów
śnieżnych cały czas po podmokłym terenie. Jak się później okazało droga ta miał
jeszcze jedną wadę. Otóż w obie strony była pod górkę. To co nas od razu urzekło,
to dzikość tamtejszej przyrody. Ośnieżone szczyty na horyzoncie i potężne
przestrzenie bez śladu działalności człowieka... no nie licząc wyciętych miejscami
lasów. Trzeba jednak przyznać, że te wycięte lasy miały swoisty urok i nadawały
krajobrazowi jeszcze większej dzikości. Na miejscu jesteśmy około 19.00.jeziorko nie
jest duże ale głębokie. Brzegi miejscami podmokłe miejscami kamieniste, ale woda
wszędzie tak samo przejrzysta. Rozpoczynamy łowienie. Brania są właściwie przez
pierwszą godzinę. Zaczynam od obrotówki i na nią wyciągam pierwszą rybę w Szwecji.
Pstrąg 37 cm. Chwilę mu się przyglądam, buzi i wraca do wody. Cały czas łowię na
nawietrznej i niestety silny wiatr trochę utrudnia łowienie. Druga, mniejsza ryba siada
na 5 cm rippera. Myślę sobie jest nieźle jak na początek. Pstrągi są przepiękne ale
jakieś takie ciemne. Kolejne branie mam na wahadłówkę i to z opadu. Walnięcie jest
tak mocne, że spodziewam się ładnej sztuki, szczególnie, że pierwszy moment holu też
był imponujący. Jak się jednak okazało pstrąg miał też 37 cm. Koło 22.00 wracamy
do samochodu i jedziemy na kwaterę skonfrontować nasze wyniki z innymi. Tu jednak lekkie
rozczarowanie okazało się , oprócz nas jeszcze tylko Radek z Rafałem mieli po rybie i
to też na jeziorze. Sobi z Michałem nastawili się na rzeki, ale nie mieli nawet brania.
Jak się okazało tak, jak nas uprzedzano w sklepach, z rybami było krucho. Zimna woda i
beznadziejne skoki ciśnienia robiły swoje. Jak na pierwszy dzień wszyscy mieli już
dość, ale nikt nie wybierał się spać. Siedzieliśmy i nie mogliśmy wyjść z podziwu
nad faktem, że pomimo tego iż dawno minęła północ na dworze było nadal jasno.
Niesamowite zjawisko dzień który trwa dwadzieścia cztery godziny na dobę. Już wtedy
wiedzieliśmy, że nasz cykl dobowy zostanie mocno zachwiany.
13.06.2001
Bladym świtem koło godziny 9.00 ktoś usiłuje włamać się do naszego domku. Ostre
walenie w szybę...na pewno chcieli ja wybić, budzi mnie i Bartka. Bartek jednak poddaje
się od razu przewracając się na drugi bok, a ja idę otworzyć drzwi. Okazuje się, że
to nie włamywacze, ale Sylwia, Radek, Rafał i Jarek.
Wczoraj łowili na
jeziorze Bodtjarnen, na którym mieli też ryby, więc po krótkiej naradzie Radek z
Rafałem płyną łódką na nasze jezioro Valsjon, a ja z Jarkiem jedziemy na jeziorko,
gdzie oni mieli wczoraj brania. Pogoda nas niestety nie rozpieszcza podobnie jak wczoraj
wiatr urywał głowę i temperatura daje się we znaki. Najpierw biczujemy z Jarkiem wodę
żelastwem, potem próbujemy skusić szwedzkie ryby muszkami. Niestety poza pięknymi
widokami nie mamy efektów. Wracamy na kwatery i tu składam podziękowanie
współlokatorom. W międzyczasie udali się bowiem na ryby, ale na szczęście zostawili
otwarte boczne drzwi. Krótki posiłek i z powrotem na wodę tym razem jedziemy na odpływ
z jeziora. Podobno jest to jeden z najlepszych odcinków lipieniowych w Szwecji.... no
cóż chyba nie byli na Bobrze, czy Dunajcu. Jedyne co mogą mieć na swoje
usprawiedliwienie to bardzo wysoki stan wody i dla odmiany jej bardzo niska temperatura.
Zresztą cała teoria ryb w Valsjoben oparła się na tym, że jest za zimna woda i ryba
po prostu wciąż siedzi w jeziorach... teoria świetnie się sprawdziła.
14.06.2001
Dzień rozpoczynamy od wizyty w sklepie wędkarskim, uzupełniamy zapasy głównie w
wahadłówki.
Następnie
jedziemy pooglądać wlot rzeki wypływającej z jeziora Rengen do naszego jeziora
Valsjon. Rzeka wpada wodospadem, praktycznie bezpośrednio do jeziora. Widok niesamowity.
Oczywiście robimy kilka fotek, a Jurek bierze wędkę i w trzech rzutach zalicza dwa
brania. Niestety pstrąg był wredny i odpiął się parę metrów od brzegu. Napawa nas
to jednak optymizmem, pakujemy manele i lecimy na ryby. Tym razem zaliczamy jeziorka na
zachód od naszej kwatery. Jurek z Bartkiem wybierają większe jezioro Sausjon, a ja z
Waldkiem idziemy z zamiarem obłowienia kilku mniejszych połączonych jakimś
strumieniem. Pierwszy szok, to bagnisty charakter nadbrzeża. Jakoś jednak dochodzę do
wody i wykonuję rzut. Moje zdziwienie nie ma końca. To jezioro jest płytkie.
Wcześniejsze miejscówki to przynajmniej po 4 do 6 metrów a często i głębiej, a tu
może z 1,5 metra. Kolejne rzuty potwierdzają, że chyba nie ma tu czego szukać...w
mojej opinii oczywiście. Już ma się wycofywać, ale widzę, że zbliża się Waldek.
Myślę sobie - dobra to jeszcze chwilę porzucamy. Informuję Waldka o podmokłym brzegu
i o tym, że jest płytko. Waldka to jednak nie przeraża. Z pełnym profesjonalizmem
ściąga plecak i podchodzi do brzegu. W każdym jego ruchu widać rutynę i wręcz
niewiarygodną wprawę. Z pod przymkniętych powiek lustruje jezioro i już widzę, że
coś się święci. Odpina blachę i wprawnym ruchem umieszcza ją w wodzie jakieś
dwadzieścia pięć i pół metra od brzegu, 15 stopni na południowy zachód. Na uwagę
zwraca też fakt precyzyjnego wykorzystania wiatru, który zamiast jak to zwykle bywa
przeszkadzać wręcz wspomógł lot blachy, aby mogła upaść dokładnie w tym miejscu co
powinna. Waldek zapina kabłąk i tak jak to przewidział wykonuje dwa obroty korbką i
zdecydowanym ruchem zacina. Pstrąg z wściekłością wali o wodę raz ogonem, raz
głową, ale chyba już wie, że z Mistrzem nie ma żartów. Zanim doszedłem ryba była
już na brzegu.
Jedyne co mi pozostało, to uwiecznić
ją na zdjęciu. Piękny pstrąg na 57 cm. Radość oczywiście nas ogarnęła, bo
wreszcie poczuliśmy się jak w dzikiej Szwecji pełnej ryb. Oczami wyobraźni
widzieliśmy już nasze trofea z tego niepozornego jeziorka. Niestety, jak się okazało,
ryby łowią tylko najlepsi. Waldek do końca odpoczywał po tym kabanie tylko od czasu do
czasu wykonując rzuty, pewnie tylko dlatego, żeby mi już całkiem głupio nie było. Ja
musiałem zadowolić się kilkunastoma okoniami, które pewnie waliły w wahadłówkę z
opadu, ale ich wielkość pozostawiała wiele do życzenia. Tego dnia została stworzona
nowa teoria, która mówiła, że ryby lepiej będą brały w małych jeziorkach, bo tam
się woda szybciej nagrzewa.
Niestety pomimo obłowienia tego
wieczoru jeszcze kilku małych jeziorek nic już więcej nie złowiliśmy. Atrakcją tego
dnia była audycja, w miejscowym radiu, w której podano, że kilku wariatów z Polski
łowi ryby w Valsjobyn. Nie rozumieliśmy oczywiście wszystkiego, ale jestem pewny, że
musieli długo tłumaczyć miejscowym Szwedom gdzie jest ta Polska, gdyż jak twierdził
Szwed, który nam sprzedawał licencje byliśmy tam pierwszymi Polakami.
15.06.2001
Dziś postanawiamy dokładniej przebadać nasze jezioro Valsjon. My z Jurkiem zaczyna
od ujścia rzeki. Wypływającej z
jeziora Gunnarvattnet, a Bartek z Waldkiem od razu
lądują pod wodospadem, gdzie mamy się spotkać. Początek jest całkiem niezły, Jurek
na wstępie wyciąga pstrąga 45 cm, a ja urywam kolejną dobrą blachę. Trochę
wędkując, trochę spacerując wzdłuż brzegu, dochodzimy do zatoki naprzeciwko
wędkarskiego kampingu. Wiemy, że stąd jakby wyjść na drogę to 10 min i jesteśmy pod
wodospadem, ale postanawiamy jeszcze trochę powędkować, szczególnie, że przed nami
wręcz zapraszająco zaczyna się piękna droga przez las z słupkami, na których wiszą
lampki. Od razu stwierdziliśmy z Jurkiem, że tak piękna droga musi gdzieś prowadzić i
nie rozglądając się zbytnio ruszyliśmy przed siebie. Na początku marsz był
przyjemny. Wodospad wesoło huczał po naszej prawej z przodu, więc dziarskim krokiem
maszerowaliśmy rozmawiając na ogólnie przyjęte wędkarskie tematy . Po kilkunastu
minutach wodospad dalej przyjemnie huczał, ale już jakby z prawej bardziej z tylu. To
nas jednak nie zraziło, tyle ze jakoś zaczęło nam być tęskno do widoku wody. Kolejne
kilkanaście minut przewróciło nam w głowach. Wodospad huczał to tu, t o tam, z przodu
i z tyłu, aż na dobre rozhuczał się po lewej stronie. Już mocno zaniepokojeni
zaczęliśmy próbować wyciągnąć jakieś wnioski z zaistniałej sytuacji, aż Jurek
pierwszy podjął męską decyzję i ruszyliśmy na kreskę przez las w stronę odgłosów
spadającej wody. Z lasu wyszliśmy dokładnie naprzeciwko wodospadu, po drugiej stronie
zatoki. Jako, że nie mieliśmy mapy przed oczami wszystko wydawało nam się w tym
momencie dość naturalne. Po około 40 minutach bez efektywnego prezentowania różnego
rodzaju złomu w wodzie, postanawiam zakończyć ten nierówny pojedynek i czym prędzej
udać się w stronę umówionego spotkania. W tym celu ponownie na krechę przedzieram
się przez las i wychodzę na naszą ulubioną drogę. Ruszam ostro z kopyta i po 10 min
wychodzę z lasu. No cóż wiele tu opowiadać na temat miny którą zrobiłem. Szczęka
opadła mi do ziemi sam nie wiem, czy z wycieńczenia, czy ze zdziwienia. Stałem
dokładnie na początku naszej drogi. Okazało się, że droga leci dookoła dość
sporego półwyspu, odgradzającego zatokę z wodospadem od reszty jeziora i jest
przeznaczona dla narciarzy biegowych. Podczas tego wieczoru było wiele śmiechu na ten i
inne tematy, a Sobi definitywnie stwierdził, że musieliśmy nie zauważyć znaku: DROGA
DLA NORWEGÓW. Wręcz ktoś wpadł na pomysł, że po naszej wizycie dopiszą I POLAKÓW.
Dla niewtajemniczonych, dodam, że Szwedzi nie pałają wielką miłością do Norwegów,
mając niezbyt pochlebne zdanie o ich kulturze, czystości, tudzież intelekcie. Jedyny
pożytek z tej historii był taki, że kończąc wycieczkę po drodze dla Norwegów,
wyszedłem dokładnie na zatoczkę, na której dość intensywnie jakieś rybki zbierały
muszki z powierzchni. Spędziłem około godziny na podglądaniu kolacji tychże
nieznanych mi rybek i już zupełnie normalną drogą udałem się po d wodospad. A pod
wodospadem impreza już powoli się rozkręcała. Rozpaliliśmy ognisko i miło
spędzaliśmy czas jedząc kiełbaski i popijając jedynym słusznym nie potępianym przez
nikogo napojem. W międzyczasie udałem się na drobna przechadzkę powyżej wodospad u,
gdzie urzeczony pięknym widokiem postanowiłem wykonać kilka zdjęć. Po spełnieniu
się jako artysta wykazałem się lekką niezręcznością i upuściłem aparat wprost na
twarde szwedzkie skały. Nie zniósł tego zbyt dobrze, więc
po
powrocie okazało się, że z trzech zabranych filmów tylko jeden przedstawiał sobą
jakąś wartość. Koło godziny 22.00 dołączył do nas Leszek z Sobim, niosąc dobre
wieści. Na wypływie z jeziora Valsjon są lipienie. Leszek miał cztery czy pięć a
Sobi jedenaście, w tym największego około 37 cm. W tej bezrybnej Szwecji taka ilość
ryb wydała nam się abstrakcyjna, więc postanowiliśmy zweryfikować tą wiadomość
następnego ranka. Tego dnia Michał odkrył całkiem nowy gatunek zwierzęcia. Widział
on bowiem łosiopalię. Dla wyjaśnienia jest to zwierzę, które swą zewnętrzną
budową do złudzenia przypomina łosia, ale można je spotkać w wodzie, w miejscach
charakterystycznych dla występowania pali. Niektórzy co prawda mogli by stwierdzić, że
to musiał być zwykły łoś przepływający jezioro, ale my wiemy swoje.
16.06.2001
...Sto lat sto lat niech żyje żyje nam.... Tak właśnie rozpoczął się minutę po
północy siódmy dzień naszej wyprawy. Stało się tak za sprawą solenizanta Bartka,
który w tym dniu obchodził swoje kolejne osiemnaste urodziny. Jak postanowiliśmy dzień
wcześnie pojechaliśmy sprawdzić te stuprocentowe miejscówki na lipienie, które dzień
wcześniej odkrył Leszek z Sobim.
Jak się okazało nie było
źle. Lipienia padały ale tylko na odcinku 50 metrów. Każdy po kolei wchodził i
łowił po kilka sztuk. Osobiście próbowałem poszukać innych stanowisk, ale jedynym
efektem był spięty po krótkim holu pstrąg na oko jakieś 37 cm. Michał po raz
pierwszy próbował łowić lipienie na krótką nimfę. Dostał zatem jedyną słuszną
przynętę i krótką lekcję dolnej nimfy. Po kilkunastu minutach cieszył się jak
dziecko ze swojego pierwszego w życiu lipienia krzycząc w niebogłosy, gdzie jest kamera
!!!!! Dlaczego nikt mnie nie filmuje !!!! No cóż Michała można bez wątpienia nazwać
prawdziwą gwiazdą. Lipień jak przystało na pierwszego w życiu oczywiście wrócił do
wody. Trzeba tu jednak oddać hołd panu Michałowi, gdyż kilka godzin później pokazał
swój kunszt łowiąc dublet lipieni. Można to skwitować stwierdzeniem, że nauka nie
poszła w las. Po południu za moją namową płyniemy łódką do tajemniczej zatoki,
gdzie wczoraj dziwne rybki żarły coś z wierzchu. Ja płynę z Jurkiem, a Sobi z
Bartkiem. Wypływają chwilę po nas, więc zanim nas dogonili mi udało się już
zaliczyć jedną z tych rybek na suchą muchę. Długo się jej z Jurkiem przyglądamy.
Bez wątpienia łososiowata, o czym świadczy charakterystyczna płetwa tłuszczowa.
Żaden to lipień jak na początku myśleliśmy podczas holu, a tym bardziej pstrąg. Po
głębszej analizie i konfrontacji z atlasem ryb dochodzimy do wniosku, że to nic innego
jak sieja. No tak złapałem sieję. Nie było by to może jeszcze takie dziwne, ale
sieję na suchą muchę ....Do końca wieczoru Jurek łowi jeszcze jedną całkiem sporą
koło 30 cm oraz zaliczamy po kilka brań. Bartek z Sobim dość szybko się poddają i
postanawiają popłynąć pod wodospad. Niestety nie dopłynęli daleko. Po kilkuset
metrach usłyszeliśmy z Jurkiem huk, trzask i silnik ich łodzi zamilkł.. Nie pozostało
nam nic innego jak podpłynąć i przekonać co się stało. Jak się okazało najechali
na podwodną skałę i urwali jakiś bliżej nie określony element śruby. Odholowaliśmy
ich do brzegu, gdzie Sobi wykazał się talentem tokarza i na udostępnionym przez Szweda
sprzęcie dorobił popsuty element w ilości sztuk 6...tak na wszelki wypadek jak
stwierdził. Z naszymi wojażami łodzią po jeziorze tego dnia wiązała się jeszcze
jedna przygoda. Otóż podekscytowani mocą silnika i efektownym symulowaniem ślizgaczy
wodnych trochę się pościgaliśmy na dwie łódki. Nie było by może w tym nic
nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że nasze jakby tu nie mówić dość głośne zabawy
obserwowało dwóch Szwedów, którzy spływali kajakiem przez jeziora. Rozbili oni obóz
na szczycie cypla, wokół którego przebiegała nasza trasa do wodospadu i z powrotem. O
dziwo nie poleciały w naszą stronę żadne butelki, kamienie itp., co mogło by się
zdarzyć w Polsce, gdybyśmy przez przypadek zakłócili spokój jakimś wielbicielom
natury i przyrody. Szwedzi wykazywali anielską cierpliwość pozdrawiając nas ilekroć
koło nich przepływaliśmy. Niestety przez te wszystkie wojaże trochę spóźniliśmy
się na imprezę urodzinową Bartka.
Wywołało to małe spięcie gdy już przybyliśmy, ale że solenizant
był w końcu z nami, wszystko się jakoś rozeszło po kościach. Bawiliśmy się
przednie. Sobi przełamywał swoją niechęć do orzeszków ziemnych skubiąc je dość
rozrzutnie na wszystkie strony. W końcu ktoś postanowił wykorzystać odkurzacz w celu
posprzątania Sobiego. O dziwo nie protestował, a nawet sprawiał wrażenie zadowolonego,
szczególnie podczas usuwania łupinek ze spodni. Impreza rozkręcała się na całego ale
ja poczułem zew boży i bocznymi drzwiami udałem się na spoczynek. Po takim angielskim
wyjściu nie czuję się na siłach opisywać to co zasłyszałem na drugi dzień, więc
może po prostu dyplomatycznie to przemilczę.
17.06.2001
Powoli przestajemy wierzyć, że coś się jeszcze wędkarsko ciekawego wydarzy. Rano
jadę z Leszkiem w lipienie, ale nie są już takie ochocze do brań. Łowimy po kilka
sztuk, ale żadnych powyżej 35 cm. Postanawiam więcej tam nie jeździć, ileż w końcu
można obławiać odcinek 50 metrów rzeki, gdzie na dodatek przyjeżdża jeszcze
dziesięciu innych wędkarzy. Sobi na jeziorze łowi trotkę pod wodospadem. Ma to coś
ponad 40 cm, ale bez wątpienia jest to już atrakcja. Co prawda nikt do końca nie jest
przekonany czy to na pewno jest troć, czy pstrąg potokowy. W celu wyjaśnienia sobie
wszelkiego tego typu wątpliwości postanawiamy dokonać małej interwencji w systematykę
oznaczania ryb łososiowatych. Od tej chwili wszystkie ryby złowione w Szwecji, które
posiadają kropki potocznie będą nazywane CHWC (czytaj hawuce).W rozwinięciu skrót ten
oznacza po prostu CHuj Wie Co. Tak prosty zabieg pozwolił nam uniknąć jałowych
dyskusji na temat tego, czy złowiona ryba jest pstrągiem potokowym, czy też może
złośliwie postanowiła być trocią jeziorową. Po południu skład się dzieli i ja z
Jurkiem i Leszkiem zasuwamy drogą ciągle pod górę do jeziorka Tupptiarnen , znanego
nam z pierwszego dnia a Bartek z Waldkiem i Sobim postanawiają w sposób gruntowny
obadać tajemnicze jeziorko tuż przy drodze. Bez wątpienia zaletą tego jeziorka było
położenie 150 metrów od samochodu oraz doskonała wręcz do pikniku wiata. Po
ciężkiej drodze w końcu dochodzimy do celu. Tym razem rozkładam muchówkę i już po
kilkunastu minutach holuję pierwszego pstrąga. Wziął na streamera, co napawa mnie
dużym optymizmem. Leszek z Jurkiem, jak zobaczyli rybę, od razu zabrali się za
łowienie. W sumie nie jest źle. Są brania, ale ryby swą wielkości pozostawiają wiele
do życzenia. Największego pstrąg dostał Leszek. Zdjął go na suchego streamera i
pstrąg miał około 34 cm. Postanawiamy będąc tak daleko, że odwiedzimy przy okazji
jeszcze jezioro Hotiarnarna. Gdy zbieraliśmy się do odejścia wypatrzyliśmy ładną
zbiórkę na jeziorze. Leszek chwilę się zastanawia, ale w końcu dopingowany przez nas
odkłada spinning i szybkim krokiem z muchówką w ręku zbliż się do wody w celu
pokazania pstrągowi, kto tu rządzi. Niestety zaaferowany czekającymi go łowami nawet
nie zauważył, a już dwoma nogami wylądował w bagienku prawie po kolana. Szybko z
Jurkiem przybywamy z odsieczą, ale niestety za późno. Do obydwóch butów z przyjemnym
pluskiem wlewa się woda. Pozostało więc opróżnić buty ze zbędnego ciężaru i
jednak ruszyć w drogę.
Po kolejnych 20
minutach marszu dochodzimy do wody. My z Leszkiem na lewo Jurek na prawo. Jeszcze się
dobrze nie rozglądnęliśmy, a Jurek już ciągnie rybę. Jak się okazało nie było to
CHWC, tylko Palia. Piękna ryba z czerwonym brzuchem, Byliśmy z Leszkiem już zbyt
daleko, aby rybę zobaczyć, ale naprawdę musiała być piękna, gdyż odgłosy jakie
wydawał z siebie Jurek wyraźnie świadczyły o przeżywaniu jakiś wyższych
artystycznych doznań, zupełnie nie znanych łowcom zwykłych pospolitych pstrągów i
lipieni. Na domiar złego chyba wszystkie ryby z okolicy spłynęły się w okolice skąd
dochodziły te dziwne dźwięki, gdyż u nas nic się nie działo a Jurek jak się
później przyznał złowił na tym jeziorze około 8 ryb z przedziału 25 -35
centymetrów. My z Leszkiem dość szybko się zniechęciliśmy i postanowiliśmy wrócić
na poprzednie jeziorko. A tam... eldorado Zbiórka na zbiórce, tylko podawać muchę i
ciąć. Szybko montuję zestaw do suchej i raz dwa podaję muchę. Bach zacięcie hol ...
spięła się nie szkodzi zaraz będzie następna dwa odmachy i...no cóż drzewo było
lepsze. Po godzinie nie miałem już żadnej dobrej, czytaj odpowiedni dużej i dobrze
widocznej suchej muchy, oraz kilka pstrągów w okolicy 30 cm. Było nieźle połowiliśmy
dość fajnie, ale nadszedł czas powrotu. Leszka przemoczone nogi dały jednak znać o
sobie. Wracamy więc i przyłączamy się do reszty załogi, a tam.... aż nam dech
zabiera. Chłopaki postanowili zrobić piknik na całego. Mieli przy sobie dokładnie
wszystko. Od sztućcy po patelnie. Na dodatek cały czas chwali li się przyrządzoną
przez Sobiego rybą w folii. Bawili się świetnie i ryb też połowili. Bartek trochę
narzekał na sporo urwanych much na pobliskiej sosence, ale wykazał się wybitnie
ekologicznym podejściem nie zgadzając się na propozycję Sobiego, wycięcia sosenki.
Fakt ten należy tym bardziej docenić, gdyż spodziewaliśmy się, że następnego dnia
sosenka stanie się obiektem zainteresowań szwedzkich ornitologów, którzy będą mieli
niezły orzech do zgryzienia wyjaśniając dlaczego jaskółki tak ostentacyjnie
obsiadają właśnie tę sosenkę. Dzień były nadzwyczaj udany pomimo pesymistycznych
myśli z rana, oraz pomimo małego incydentu w wykonaniu Bartka. Otóż Bartek trochę
znudzony tradycyjnymi metodami połowu ryb na sztuczną muchę postanowił wprowadzić
własną nową. Polega ona na wykorzystaniu sprzętu muchowego do typowej zasiadki.
Zbroimy kij jak do łowienia na suchą muchę, następnie zarzucamy na jezioro a wędkę
odkładamy na podpórkę i czekamy na branie. W rozwinięciu tej metody można pokusić
się o nęcenie muchami. Sądzę że w najbliższym czasie pojawią się specjalne proce
do wystrzeliwani suchych much na większe odległości, oraz wiele innych gadżetów
przydatnych przy takiej metodzie, jak np. elektroniczne czujniki brań reagujące na plusk
wody itp. należy jednak postawić sobie pytanie czy o to chodzi? Quo Vadis wędkarstwo
muchowe ?
18.06.2001
Z samego rana Leszek pakuje manatki i wraca do domu. Jako pierwszy poddaje się a my jeszcze z odrobiną wiary ruszamy przyjrzeć się rzece, która płynie 100 metrów od naszego domku. Poniekąd jest to nasza ostatnia deska ratunku i nadzieja. Razem z Jurkiem i Bartkiem jedziemy kilka kilometrów w górę, przedzieramy się przez las i wychodzimy na...jezioro. Jak się okazało rzeka w tym miejscu tworzy sporej wielkości jeziorko. Jurek rozpoczyna swoje zmagania z wodą i spinningiem, a my z Bartkiem idziemy na wpływ do jeziora walczyć z muchami. Nawiedzamy się trochę nimfą trochę streamerem. Pstrągi i trocie tudzież inne dziwadła skrzętnie omijają nasze muchy, więc po godzinie z okładem w końcu się poddajemy. Po drodze stajemy jeszcze na mostku powyżej wodospadu, dokładnie pod naszym domkiem. Rzeka przepiękna, tak przepiękna, że aż rozkładam muchówkę i idę przejść się w górę. Naprawdę, odcinek jakiś dwustu metrów powyżej mostku, to powinno być istne eldorado. Są tam potężne wlewy, spokojne płanie, ciekawe układy prądów itp. Biczowałem tą wodę nimfą potem streamerem..... sam nie wiem, albo wybitnie mnie olewały, albo po prostu ich tam nie było. Trudno mi w to uwierzyć. Jedynym e fektem był pstrążek ok. 25 cm Wracam do domku i tam dowiaduję się, że Sobi znów pod wodospadem dostał trotkę tym razem 53 cm. To już coś, więc postanawiamy wieczorne łowienie połączone z piknikiem odbyć właśnie pod wodospadem. Aby jednak trochę sobie urozmaicić wędkowanie na wodospad płyniemy łódkami, aby obłowić go od drugiej strony. Oczywiście przerzucamy pudełka, ale efektów nie ma. Sobiemu spina się jakaś nieduża ryba i to na tyle. W końcu nadzieja całkiem w nas opadają i płyniemy na piknik. Ten w przeciwieństwie do wędkowania udaje się znakomicie. Sobi za naszą namową, przyrządza swoją już sławną rybę w folii. Smakuje rewelacyjnie. Podczas rozmów okazuje się, że obie ryby złowił on dokładnie z tego samego miejsca. W przerwie pomiędzy doskonałą rybą z folii a białą kiełbaską (tylko taka nam została) idę w to miejsce wykonać kilka rzutów. Jakież było moje zdziwienie, gdy za którymś tam przepuszczeniem blachy mam łupnięcie. Niestety ryba się nie zapina a na dodatek nie chce więcej uderzyć. Sobi jak widać doskonale dobrał miejsce. Jak tylko coś stamtąd wyciągnął, zaraz napływało następne. W posępnych humorach rozjechaliśmy się od domków, gdyż miała to być nasza przedostatnia noc na ziemi szwedzkiej a zarazem ostatnia w Valsjobyn.
19.06.2001
Ostatni dzień. Trudno to opisać. Wszyscy od rana są jacyś przygnębieni. Do dwunastej musimy opuścić domek, więc staramy się jak najszybciej spakować. Bartek nawet pozmywał naczynia i poodkurzał domek. Bagaże do auta i jedziemy do Sobiego. Plan mamy taki, aby jeszcze troch połowić na jeziorku, które jest udostępnione dopiero od 19.06, czyli od dzisiaj. Parę minut po dwunastej meldujemy się w domku Michała i Sobiego, ale chłopaki jeszcze śpią. Aby nie być świadkiem tego całego psychodelicznego przygotowywania się do wyjazdu zabieram kij i idę pod wodospad. Po 15 minutach zbroję kij i od razu idę w miejsce Sobiego. Rzucam zmieniam przynęty i nic ani widu ani słychu. Wiem, że ta ryba tam jest, ale nie chce wziąć. Podchodzę więc najbliżej jak mogę, i podaję jej woblera. Dwa rzuty, walniecie i przez trzy sekundy mam go na kiju. Nie duży i na dodatek od razu się spina... no cóż być może to mój ostatni kontakt z rybą na tym wyjeździe...Wracając namierzam szczupaczka, który czynił spustoszenie wśród narybku stojącego pod samym brzegiem. Próbuję go złowić, ale jak to w życiu bywa, jak cię ryby olewają, to na całego. Nawet szczupak nie chciał wziąć. Wracam do chłopaków, pakujemy manatki i jedziemy nad jeziorko. Robi na nas bardzo dobre wrażenie, ale nic poza tym. Kilka naprawdę imponujących spławów po raz ostatni pobudza naszą wyobraźnie ale kontaktu z rybą nikt nie ma. Sobi zrywa się wcześniej, w celu odwiedzenia swojej bankówki pod wodospadem, ale bez efektów. Wracamy i postanawiamy ostatnie kilka godzin się przespać, co by mieć dużo sił na podróż. Niestety nie dla wszystkich starczyło łóżek, a że na fotelach jest średnio wygodnie koło 22:00 wstajemy ja Bartek, Waldek i Michał i postanawiamy pojechać na wodospad pożegnać się. Gdy byliśmy na miejscu, coś mnie napadło, aby spróbować jeszc ze raz obrzucać miejscówkę Sobiego. Wyciągam spakowany już sprzęt montuję i idę nad wodę. Mam za plecami trzech widzów, więc staram się jak mogę. Zmieniam blachy sposób prowadzenia itp., ale nic. W końcu po 20 minutach decyduję się znów podejść na odległość rzutu woblerem. Na pierwszy ogień idzie ten, na którego ostatnio miałem branie ale nic. Zmieniam na głęboko schodzącego (tiiiiiiiiiii........uwaga na krypto reklamy!!!!) w kolorze fluo zielonym. Rzut w kipiel kilka obrotów korbką i JEST !!!! ostatnia szwedzka ryba na moim haku. Walczy dzielnie, ale niestety nie ma większych szans w konfrontacji z tak zdesperowanym wędkarzem, jakim wtedy byłem. Tyle zachodu i z miejsca w którym Sobi bądź co bądź wyciągnął dwie przyzwoite ryby ja trafiam pstrąga 33 cm. Nic nie mówię całuję go w pyszczek i wypuszczam, aby trochę podrósł. Składam kij i można rzec kończę swoją pierwszą wyprawę do Szwecji.
20.06.2001
Północ minęła. Jak było ustalone wyruszamy w podróż powrotną. Pogoda przepiękna. Zero wiatru, czyste niebo, jasno jak w południe, tylko nie widać słońca. Jedziemy wzdłuż jezior, a ryby chyba ciekawe naszego wyjazdu spławiają się jak dzikie. Tyle zbiórek co podczas tej podróży wzdłuż szwedzkich jezior nie widzieliśmy przez cały nasz pobyt w Valsjobyn. Widać, że natura dopiero się wyrywa z zimowego snu. Właśnie na ten moment był planowany nasz wyjazd do Szwecji, ale niestety przyroda spłatała nam niezłego figla. Gdybyśmy przyjechali dwa tygodnie później, bez wątpienia mieli byśmy dużo lepsze wyniki. Na temat samej podróży nie wiele mogę powiedzieć. Spałem jak suseł całą drogę. Dopiero ostatni 250 km, kiedy robiłem za kierowcę wyrwało mnie ze snu. Po drodze robimy zakupy wędkarskie w Sztokholmie, po którym zresztą krążymy około godziny próbując odnaleźć właściwą drogę. Następnie piknik nad przydrożnym jeziorkiem i o 21 wjeżdżamy na prom. Po odprawie okazało się, że mamy niezłego gwoździa w tylnej oponie, więc po wjeździe na prom, robimy błyskawiczną akcję zmiany koła na zapasowe. To już druga opona na tym wyjeździe. Po zakwaterowaniu się w ciasnej kabince idziemy na kolację. Nauczeni doświadczeniem z pierwszej podróży prawie wszyscy zamawiają schabowego z kapustą. Z Bartkiem i Waldkiem zostajemy trochę dużej w celu jakby tu delikatnie powiedzieć oddaniu się chwili zapomnienia. Wściekły pies na promie nie będzie jednak tym, co Bartek z Waldkiem będą najmilej wspominać z tego wyjazdu. Po szybkiej odprawie w Świnoujściu ruszamy do domu, do którego docieramy już bez przygód. Pożegnanie i....do następnego razu.

To tyle jeśli chodzi o moją skromną osobę. Jak widać relacja jest bardzo osobista,
ale mam nadzieję, że nikt nie będzie miał mi tego za złe. Wyjazd był naprawdę
niezapomnianą przygodą. Ludzie, których poznałem naprawdę są wspaniali i mam
nadzieję, że jeszcze nieraz wybierzemy się razem na ryby...na przykład do Maroka.
Czemu do Maroka ?... ano temu, że tam pewnie też byśmy nic nie złowili. Zobaczyłem
kawał świata, przede wszystkim dzikiego świata. Noce jak dnie, to chyba na wszystkich
wywarło największe wrażenie. Jeśli zaś chodzi o ryby.. no cóż, zawsze powtarzałem,
że w jeżdżeniu na ryby nie chodzi o to, by złapać zajączka, ale by go gonić. Na ten
temat może parę słów powiedzieć Bartek, gdyż ma po tym wyjeździe chyba największe
doświadczenie w gonieniu zajączków. I to nie tylko w przenośni, ale i dosłownie.
Chyba wszyscy nastawiali się na ryby, ale też prawie wszyscy przyjęli tą porażkę z
godnie podniesionym czołem. Następnym razem będzie lepiej. Osobiście chciałbym
jeszcze raz serdecznie podziękować wszystkim, którzy w choćby najmniejszym stopniu
przyczynili się do zorganizowania tego wyjazdu, a w szczególności Leszkowi.
Do zobaczeni nad wodą
Grzesiek Łącki
PS.
Autorami zdjęć wykorzystanych w tekscie byłem ja oraz Jurek Ludwin